sobota, 2 kwietnia 2011

Żeby chciało się chcieć

Siła woli czy siła charakteru nie pomogą wyjść z nałogu i wytrwać w abstynencji. Do tego potrzebna jest motywacja i choćby odrobina wiary w siebie.

Jest takie powszechne przekonanie, że wyjście z nałogu – picia, narkotyków czy hazardu – wymaga nie tylko ogromnej siły, ale i tę siłę daje. Co więcej, wielu z tych, którzy przestali pić czy ćpać, jest przekonanych, że zostali obdarzeni jakąś nadzwyczajną siłą. O jaką zatem siłę chodzi? Czy o tę potrzebną do tego, aby nie wrócić do picia bądź do narkotyków? A przede wszystkim – czy poczucie takiej siły nie jest złudzeniem, mogącym mieć fatalne skutki?
Jedno można powiedzieć na pewno: jeśli ktoś stwierdza, że jest silny, bo wyszedł z nałogu, to daje niechybny znak, że prędzej czy później – raczej prędzej – nastąpi jego spektakularny powrót, ze wszystkimi, możliwie przykrymi konsekwencjami. Tak mówi teoria, poparta solidną, bardzo długą praktyką i doświadczeniami Anonimowych Alkoholików.
O co więc chodzi? Najlepiej zacząć od początku. Dla naszych rozważań siła jako taka, czyli charakteru lub woli, jest pojęciem pustym. Nic nie znaczy. Lepszym będzie określenie „silna wola”, rozumiane jednakże jako ekspresja motywacji i chęci. Silna wola może objawiać się poprzez upór i/lub konsekwencję w działaniu. Czy jednak ma ona jakieś znaczenie dla wychodzenia z nałogu?
Do wyjścia z nałogu potrzebna jest przede wszystkim motywacja. Towarzyszyć jej musi chociaż cień wiary w siebie – ale nie utożsamiajmy tego z siłą! I to są już warunki do podejmowania decyzji i konkretnych działań. Działań, do których nikt osoby uzależnionej nie jest w stanie zmusić. Ona sama musi do nich dojrzeć i chcieć je podjąć, aby zmienić swoje dotychczasowe życie na życie w trzeźwości, bez stosowania „podpórek”, takich jak alkohol czy narkotyki.
W przypadku nałogów psychoterapeuta ma przede wszystkim pomóc pacjentowi w uświadomieniu sobie, że jest człowiekiem chorym. Bo uzależnienie jest chorobą – chorobą o złożonej i wielostopniowej etiologii! Można „iść w zaparte” i nie pić lub nie grać hazardowo. To jednak nie znaczy, że choroba znikła. Ona wciąż istnieje mimo fizycznego braku na przykład alkoholu czy narkotyku. Co bardzo ważne, również otoczenie nałogowca musi sobie uświadomić, że ma do czynienia z człowiekiem chorym. Pewien terapeuta w trakcie spotkań z rodziną, która była bezradna w konfrontacji z uzależnieniem, wręczył wszystkim jej członkom ostemplowane i podpisane przez siebie zobowiązanie, że nie będzie „chorować na grypę w ciągu najbliższych dwóch lat”. Szok wywołany kawałkiem papieru podpisanym przez osobę, która nie wyglądała na wariata, ułatwił tym ludziom zrozumienie, że silna wola nie ma w ich przypadku nic do rzeczy – ona nie pomoże wyzdrowieć.
Niestety, nawet dwa lata może zająć otoczeniu człowieka uzależnionego zrozumienie takiej prawdy: „Alkoholizm jest chorobą, w której najmniej ważne jest to, że on pije, bije i kradnie”. Picie i bicie są tylko zasłoną skutecznie przysłaniającą prawdziwe tło choroby, czyli – między innymi – niemożność zobaczenia prawdziwego samego siebie w istniejącej rzeczywistości. Rodzina, jeśli nie jest równolegle w terapii, ma ogromne trudności w zaakceptowaniu niepicia „swojego alkoholika”. Wiele razy zdarzało mi się słyszeć: „On nie pije już dwa lata, ale...” – i tu następowała wykrztuszana przez łzy wyliczanka, z której wynikało, że choć nie ma picia i bicia, to właściwie nic się w domu/rodzinie nie zmieniło. Wspólny dach i podłoga, ale dwoje obcych sobie ludzi. Terapia rodzin jest niezbędna w uzależnieniach. Pierwsi odkryli to zresztą członkowie ruchu AA jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku. Adaptacja do zmienionych warunków życia wymaga około dwóch lat terapii. I jest to czas potrzebny rodzinie, która naprawdę angażuje się w pracę nad sobą.

Objawy uzależnienia – bicie, wyzwiska, wynoszenie z domu co cenniejszych przedmiotów – są z reguły najbardziej dotkliwe dla najbliższego otoczenia człowieka uzależnionego. Nie bez znaczenia jest również to, że zachowania osób uzależnionych uruchamiają w nas pewne mechanizmy ksenofobicznej proweniencji, których większość z nas świadomie u siebie nie dostrzega – więc i nie kontroluje. Rzecz zasadza się na tym, że człowiek na przykład nietrzeźwy ma na tyle zaburzoną koordynację ruchów, że zaczynamy go postrzegać – nawet nie zdając sobie z tego sprawy – jako „obcego”, a w takiej sytuacji nasz odziedziczony po przodkach instynkt nakazuje wybranie jednej z dwóch strategii: walki lub ucieczki. Wiadomo, walka z chorobą jest przedsięwzięciem z góry skazanym na niepowodzenie; ucieczkę zaś można porównać do zmagań z bumerangiem. Krótko mówiąc: nie tędy droga.
Do trwania, do życia w trzeźwości (nie mylić z abstynencją!) potrzebne są więc motywacja i chęć. Nie jest potrzebna do tego żadna siła, a najmniej już „siła woli”. W większości programów samopomocowych dla ludzi uzależnionych już pierwszy krok zawiera stwierdzenie: „Uznałem, że jestem bezsilny wobec alkoholu (narkotyków itd.)”. W kolejnych krokach mówi się o zawierzeniu sile wyższej, lecz nie naszej własnej! Analogiczne są programy dla osób współuzależnionych. Potwierdzona dziesiątkami lat doświadczeń skuteczność tych programów explicite eliminuje pojęcie siły w odniesieniu do choroby.
Przekonanie o istnieniu „siły po wyjściu z nałogu” wynika więc z nieznajomości złożonego problemu, no i z pewnego bałaganu semantycznego w języku, którym się na co dzień porozumiewamy. Jednak uznawanie takich iluzji niesie ze sobą pewne korzyści. Najważniejsza z nich to ominięcie jednego z najpoważniejszych wyzwań w naszym życiu – stanięcia twarzą w twarz z samym sobą. Trzeba jednak powiedzieć, że wcześniej czy później i tak dojdzie do tej konfrontacji – korzyść jest więc krótkotrwała i pozorna. A jak uniknąć tych „iluzji”? Cóż, potrzeba motywacji, chęci i pewnie trochę odwagi – lecz nie „silnej woli”

czwartek, 10 marca 2011

Jestem osłem! :D

"Kiedy ktoś by mi powiedział: "Nie masz racji", ja mu odpowiem: "A czego się spodziewałeś po ośle?"

Rozbrojeni. Wszyscy powinni być rozbrojeni. To jest ostateczne wyzwolenie. Ja jestem osłem i ty jesteś osłem. W normalnym życiu dzieje się tak: naciskam guzik i jesteś "na górze", naciskam guzik i jesteś "na dole". I taki właśnie jesteś. Ilu znasz ludzi, na których nie działa pochwala i oskarżenie? To nieludzkie - mówimy. Ludzkie - to znaczy, że trzeba być trochę mała małpką, aby każdy mógł pociągnąć cię za ogon, a ty robisz to, co robić powinieneś. Ale czy to jest ludzkie?

(...)

Ktoś kiedyś powiedział: "Dziękuj Bogu za rzeczywistość i możliwość ucieczki od niej". I to właśnie ma miejsce. Jesteśmy tacy mechaniczni w swym życiu, tak bardzo pod kontrolą. Piszemy książki o tym, jak się kontrolować i jak cudownie być kontrolowanym i jak bardzo potrzebujemy, by nam mówiono: "Jesteś OK." Czujesz się wtedy wspaniale. Jak cudownie jest siedzieć w więzieniu. Albo, jak to ktoś kiedyś powiedział, być w swej klatce. Czy lubisz być w więzieniu? Czy lubisz być pod kontrola? Powiem wam coś. Ilekroć pozwalacie sobie na dobre samopoczucie, kiedy mówią wam, że jesteście OK., tylekroć przygotujcie się na złe samopoczucie - z chwilą gdy powiedzą wam, że nie jesteście dobrzy. Dopóki żyjesz po to, by spełniać cudze oczekiwania, lepiej dobrze zważ, w co się ubierasz, jak się czeszesz i czy masz dobrze wyczyszczone buty. Krótko mówiąc, bacz na to, czy spełniasz każde ich cholerne oczekiwanie. I to ma być ludzkie?

To właśnie odkryjesz, gdy zaczniesz się obserwować. Będziesz przerażony! W gruncie rzeczy nie jesteś ani OK., ani nie OK. Możesz pasować do aktualnych nastrojów albo trendów mody! Czy to znaczy, że stałeś się OK.? Czy to twoje bycie OK. zależy od tego? Czy zależy od tego, co o tobie ludzie myślą? Jezus Chrystus musiał być porządnie nie OK., zgodnie z tymi standardami. Ty nie jesteś OK. i ty nie jesteś nie OK., ty jesteś ty. Mam nadzieję, że przynajmniej dla niektórych z was będzie to duże odkrycie. Jeśli podczas tych wspólnie spędzonych dni trzech lub czterech z was dokona tego odkrycia, to... cóż za wspaniała sprawa! Niezwykła! Wyrzuć ten cały bełkot z byciem OK. i nie OK., wyrzuć wszystkie te osądy i po prostu obserwuj, patrz. Dokonasz wielkich odkryć. Odkrycia te zmienią ciebie. Bez najmniejszego wysiłku, wierz mi."


Anthony De Mello - Przebudzenie

piątek, 4 marca 2011

Pozwól zagoić się ranie.

Pierwszy krok do zmiany to uświadomienie sobie, kim jestem i w jaki sposób sytuacja rodzinna związana z nadużywaniem alkoholu przez rodzica wpłynęła na moje życie.

Wiele Dorosłych Dzieci Alkoholików przez lata boryka się na przykład z depresją czy lękami, myśląc: "Coś ze mną jest nie tak" – i nie widzą związku tych stanów z nadużywaniem alkoholu przez bliską osobę, kiedy byli dziećmi. Póki tak się dzieje, zmiana jest trudna. Czasem lektura artykułu o Dorosłych Dzieciach Alkoholików lub film w telewizji może kogoś skłonić do odkrycia, że jest DDA. Gdy oglądamy historię skrzywdzonego dziecka albo czytamy o tym, co dzieje się w rodzinie alkoholowej, łatwiej nam dostrzec, że doświadczaliśmy czegoś podobnego. Ci, którzy zaczynają identyfikować siebie jako DDA, dostrzegają nadzieję na to, że możliwa jest zmiana ich samopoczucia i sposobu życia.
Zanim jednak przystąpimy do zmiany, potrzebujemy rozeznać się, ile wysiłku kosztować nas będzie zmiana i czy warta jest tego wysiłku. Niektórzy odkrywają, że choć są DDA, wcale nie chcą się zmieniać, ponieważ żyje im się całkiem dobrze. Inni są zadziwieni bólem pojawiającym się w nich, gdy tylko zaczynają rozmawiać o swoich dawnych relacjach z rodzicami.

Jeśli w wyniku lektury lub rozmów o DDA zaczynasz myśleć: „To możliwe, abym czuł się radosny, abym czuł się dobrze z ludźmi, żebym założył rodzinę i cieszył się z bycia z moimi bliskimi, żebym czuł wewnętrzny spokój i pewność siebie” – to znaczy, że rozpoczynasz swój wewnętrzny proces zmiany.
Do prowadzonych przeze mnie grup terapeutycznych trafiają zwykle osoby w tej fazie: już świadome bycia DDA, z nadzieją na zmianę. Często jeszcze nie do końca wiedzą, co chcą zmienić, i dlatego we wstępnym etapie terapii ważne jest pogłębienie zrozumienia, w jaki sposób konkretne doświadczenia z przeszłości wpłynęły na ich przekonania, zachowania i sposoby radzenia sobie z życiem i ludźmi. Przydatne są tutaj różne formy pogłębionej psychoedukacji, pozwalające zrozumieć, jak funkcjonowała nasza rodzina, gdy byliśmy dziećmi, i jak to wpłynęło na nasz rozwój oraz to, kim jesteśmy dziś.
Ważne są również nowe pozytywne doświadczenia związane z ludźmi. Grupa pozwala poczuć się podobnym do innych, zrozumianym, wysłuchanym, zaakceptowanym. Te doświadczenia najłatwiej zdobyć w grupie terapeutycznej, choć podobną rolę może odegrać grupa samopomocowa. W grupie osoby uczą się takiego bycia razem, które służy ich rozwojowi. Spełnia to rolę treningu umiejętności interpersonalnych, których nabywanie jest możliwe, gdy przebywamy w grupie o jasnych i zdrowych regułach, dającej wsparcie, akceptującej odmienność i potrzeby uczestników. W takiej grupie łatwo o otwartość i pojawianie się silnych uczuć związanych z trudnymi wspomnieniami czy wydarzeniami z życia. Ważne jest nie tylko ich przypomnienie i zwierzenie się z nich innym ludziom, ale także zmiana sposobu, w jaki wydarzenie zapisało się w nas. Często nasze wspomnienie jest źródłem trudnych emocji, niezagojoną raną. Terapia ma pozwolić jej zagoić się tak, by nie wpływała już na nasze codzienne życie. Na tym etapie ważne jest znalezienie nowych rozwiązań dla tych sytuacji i relacji, z którymi sobie nie radziliśmy (lub radziliśmy sobie w sposób, który nam samym się nie podobał), adekwatnych do naszego wieku, poziomu naszego rozwoju i możliwości.

Istotą tej fazy psychoterapii DDA jest zmiana obrazu siebie zmierzająca w kierunku bardziej realnego i pozytywnego postrzegania własnej osoby – jako bardziej dorosłej, niezależnej, posiadającej znacznie więcej zasobów niż w okresie dzieciństwa. Trzeba skoncentrować się na tych doświadczeniach z przeszłości, które utrudniają lub uniemożliwiają korzystanie z aktualnego potencjału. Zmianie ulegają schematy myślenia i przeżywania. Wśród osób, które już założyły własne rodziny, wzrasta także świadomość tego, jak dotychczasowe zachowania i uwikłanie w rodzinę pierwotną wpływa na ich bliskich. Pojawia się poczucie, że mogą zmienić siebie i swoje życie. Wzrasta też świadomość tego, co konkretnie chcą zmienić.
Przychodzi czas na planowanie i przeprowadzanie realnych, drobnych zmian w życiu. Zaczynamy od drobnych zmian, ponieważ jest to dobry sposób, aby przekonać się, na ile wymyślona przez nas zmiana sprawdzi się w rzeczywistości. Jeśli się sprawdzi – to wykonujemy kolejne kroki. Jeśli nie – musimy zweryfikować swoje plany. Rolą terapeuty i grupy na tym etapie pracy jest wspieranie osobistych planów poszczególnych uczestników. Optymalne interwencje służą nagradzaniu zmian, które się udały, wnikliwej analizie trudności i zaplanowaniu nowej zmiany tam, gdzie poprzednia się nie powiodła.
Osiągnięcie stabilnej zmiany osobistej, co wynika z badań i obserwacji klinicznych, trwa około 2 lata. Czas pracy grupy psychoterapeutycznej to zwykle okres od 6 do 12 miesięcy. Oznacza to, że w tym czasie możliwe jest przeprowadzenie zmiany wewnętrznej, czyli uświadomienie sobie, co potrzebujemy zmienić, jak możemy to zrobić, i rozpoczęcie planowania zmiany, na której nam zależy. Od tego, na ile głęboko uda się przeprowadzić ten etap zmiany, zależą dalsze efekty terapii. Bezpośrednio po terapii uczestnicy wprowadzają drobne zmiany. Potem decydują się na kolejne. Zwykle rok lub dwa po terapii pojawiają się sygnały wskazujące na zmianę nastawienia do świata, do życia i do siebie.

Z badań, które prowadzimy, sprawdzając efekty psychoterapii w ośrodku, wynika, że osoby po terapii obserwują u siebie pozytywne zmiany w wielu obszarach. Przede wszystkim zmienia się ich postrzeganie siebie w relacjach z innymi: czują się pewniejsi, spokojniejsi, bardziej świadomi swojej wartości i swoich kompetencji. Jest to związane ze wzrostem poczucia emocjonalnej stabilności, które osoby te czasem opisują jako wewnętrzny spokój. Zaczynają częściej mówić o sobie pozytywnie i z dbałością odnosić się do siebie. Po terapii zwiększa się u nich również gotowość do wzięcia odpowiedzialności za swoje życie i poczucie, że mogą żyć tak, jak potrzebują i jak chcą. Oznacza to zwykle istotne zmiany życiowe, na przykład ograniczenie relacji z tymi, którzy krzywdzą, zbliżenie się do osób, które wspierają, zakładanie stałych związków, a także inne „inwestycje” osobiste.
DDA po terapii doceniają swoją umiejętność dystansowania się od wielu spraw, również od swoich słabości. Dobrze czują się także ze swoją gotowością do wprowadzania zmian w życiu – napełnia ich to energią i entuzjazmem. Czerpią zadowolenie ze wspierających kontaktów z innymi – inaczej niż na początku, kiedy poszukiwanie pomocy u innych postrzegali jako coś negatywnego. DDA po terapii częściej też czują, że radzą sobie ze swoimi emocjami. Istotnie zmniejszają się występujące u nich wcześniej objawy psychopatologiczne. Wzrasta zaś poczucie, że są w stanie dobrze radzić sobie w życiu i mają siły, aby to robić – aby żyć szczęśliwie.


Artykuł Marzeny Kucińskiej, który ukazał się w marcu 2003r. w magazynie psychologicznym "Charaktery"
"Wiedźmin spotykał w życiu złodziei wyglądających jak rajcy miejscy, rajców wyglądających jak proszalne dziady, nierządnice wyglądające jak królewny, królewny wyglądające jak cielne krowy i królów wyglądających jak złodzieje."

"-Zło to zło. Mniejsze, większe, średnie, wszystko jedno, proporcje są umowne a granice zatarte. Nie jestem świątobliwym pustelnikiem, nie samo dobro czyniłem w życiu. Ale jeżeli mam wybierać pomiędzy jednym złem a drugim, to wolę nie wybierać wcale."

A. Sapkowski - Ostatnie życzenie

niedziela, 6 lutego 2011

Dzban

"Pewnego dnia stary profesor został zaangażowany, aby przeprowadzić kurs dla grupy dwunastu szefów wielkich koncernów amerykańskich na temat skutecznego planowania czasu. Kurs ten był jednym z pięciu modułów przewidzianych na dzień szkolenia. Stary profesor miał więc do dyspozycji tylko jedną godzinę, by wyłożyć swój przedmiot.

Stojąc przed tą elitarną grupą (która gotowa była zanotować wszystko, czego ekspert będzie nauczał), stary profesor popatrzył powoli na każdego z osobna, następnie powiedział: "Przeprowadzimy doświadczenie". Spod biurka, które go oddzielało od studentów, wyjął wielki dzban ( o pojemności 4 litrów), który postawił delikatnie przed sobą, Następnie wyjął około dwunastu kamieni wielkości piłki do tenisa i delikatnie włożył je kolejno do dzbana. Gdy dzban był wypełniony po brzegi i niemożliwe było dorzucenie jeszcze jednego kamienia, podniósł wzrok na swoich studentów i zapytał:
"Czy dzban jest pełen?" Wszyscy odpowiedzieli: "Tak".

Poczekał kilka sekund i dodał: "Na pewno?". Następnie pochylił się znowu i wyjął spod biurka naczynie wypełnione żwirem. Delikatnie wysypał żwir na kamienie, po czym potrząsnął lekko dzbanem. Żwir zajął miejsce między kamieniami... aż do dna dzbana. Stary profesor znów podniósł wzrok na audytorium i zapytał: "Czy dzban jest pełen?" Tym razem świetni studenci zaczęli rozumieć.

Jeden z nich odpowiedział: "Prawdopodobnie nie"

"Dobrze" odpowiedział stary profesor.

Pochylił się jeszcze raz i wyjął spod biurka naczynie z piaskiem. Z uwagą wsypał piasek do dzbana. Piasek zajął wolną przestrzeń między kamieniami i żwirem. Jeszcze raz zapytał: "Czy dzban jest pełen?" Tym razem bez zająknięcia, świetni studenci odpowiedzieli chórem: Nie".

"Dobrze" odpowiedział stary profesor.

I tak, jak się spodziewali, wziął butelkę wody, która stała na biurku i wypełnił dzban aż po brzegi. Stary profesor podniósł wzrok na grupę studentów i zapytał" "Jaką wielką prawdę ukazuje nam to doświadczenie?"

Niegłupi, najbardziej odważny z uczniów, odpowiedział: "To pokazuje, że nawet jeśli nasz kalendarz jest całkiem zapełniony, jeśli naprawdę chcemy, możemy dorzucić więcej spotkań, więcej rzeczy do zrobienia".

"Nie" odpowiedział stary profesor - "Nie o to chodziło"

"Wielka prawda, którą przedstawia to doświadczenie, jest następująca: Jeśli nie włożymy kamieni jako pierwszych do dzbana, później nie będzie to możliwe!".

Zapanowało głębokie milczenie, studenci uświadomili sobie oczywistość tego stwierdzenia. Stary profesor zapytał:

"Co stanowi kamienie w waszym życiu? Wasze zdrowie? Wasza rodzina? Przyjaciele? Zrealizowanie marzeń? Robienie tego, co jest waszą pasją? Nauka? Odpoczynek? Czas? Albo jeszcze coś innego? Należy zapamiętać, że najważniejsze jest włożyć swoje KAMIENIE jako pierwsze do dzbana, w przeciwnym wypadku ryzykujemy przegrać... własne życie. Jeśli damy pierwszeństwo drobiazgom (żwir, piasek), wypełnimy życie drobiazgami i nie będziemy mieć wystarczająco dużo cennego czasu, by poświęcić go na ważne elementy życia. Zatem nie zapomnijcie zadać sobie pytania" "Co stanowi kamienie w moim życiu?" Następnie, włóżcie je na początku do waszego dzbana (życia)". Przyjacielskim gestem dłoni stary profesor pozdrowił studentów i opuścił salę..."

Fragment pochodzi z książki Efekt Motyla autorstwa Kamila Cebulskiego.



A czym są wasze kamienie?

piątek, 4 lutego 2011

James Brown - I feel good

"Wo! I feel good, I knew that I wouldn't of
I feel good, I knew that I wouldn't of
So good, so good, I got you

Wo! I feel nice, like sugar and spice
I feel nice, like sugar and spice
So nice, so nice, I got you

When I hold you in my arms
I know that I can do no wrong
and when I hold you in my arms
My love won't do you no harm"


Tiruriru :)

wtorek, 1 lutego 2011

Po zapadnięciu zmroku siedziałem ogrzewając ręce i twarz przy trzaskającym ogniu, gdy nagle z ciemności wyłonił się Sokrates!

– Byłem w sąsiedztwie, więc pomyślałem, że wpadnę – powiedział.

Byłem zachwycony i ledwo wierzyłem własnym oczom. Uścisnąłem go i powaliłem na ziemię. Śmialiśmy się i tarzaliśmy w pyle. Potem otrzepawszy się nawzajem usiedliśmy przy ognisku.

– Prawie się nie zmieniłeś, stary wojowniku – powiedziałem. Sokrates postarzał się, ale jego szare oczy nadal błyszczały.

– Ty z kolei – uśmiechnął się, przyglądając mi się uważnie – wyglądasz na dużo starszego, ale na niewiele mądrzejszego. Powiedz mi, nauczyłeś się czegoś?

Westchnąłem wpatrując się w ogień.

– No cóż, nauczyłem się sam przyrządzać sobie herbatę. Postawiłem mały garnek z wodą na prowizorycznej kracie i

przyrządziłem aromatyczną herbatę, wsypując zioła, które tego dnia znalazłem po drodze. Nie spodziewałem się towarzystwa – wręczyłem Sokratesowi własny kubek, a sobie nalałem do małej miseczki. W końcu słowa popłynęły. Gdy mówiłem, rozpacz, którą powstrzymywałem przez tak długi czas, w końcu wylała się.

– Nie mam dla ciebie nic, Sokratesie. Nadal jestem zagubiony – i nie jestem ani trochę bliżej bramy niż wtedy, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Zawiodłem cię, a życie zawiodło mnie – życie złamało mi serce.

Tak! – wykrzyknął triumfalnie. – Twoje serce jest pęknięte, Dan – pęknięte, aby odsłonić bramę jaśniejącą wewnątrz. To jest jedyne miejsce, w którym jeszcze nie szukałeś. Otwórz oczy, pajacu – już prawie dotarłeś! Zmieszany i sfrustrowany siedziałem bezradnie.

– Jesteś już prawie gotów – uspokajał mnie Sokrates – jesteś bardzo blisko.

– Blisko czego? – złapałem się jego słów z nadzieją.

– Blisko końca.

Ciarki przeszły mi po plecach. Szybko wsunąłem się do mojego śpiwora, a Sokrates rozwinął swój. Ostatnią rzeczą jaką widziałem tego wieczoru były błyszczące oczy mojego nauczyciela, jakby patrzące przeze mnie, przez ogień, w inny świat.

Gdy pojawiły się pierwsze promienie słońca, Sokrates był już na nogach i siedział nad pobliskim strumieniem. Dołączyłem do niego siadając na chwilę w ciszy, wrzucając kamyki do płynącej wody i słuchając ich plusku. Milcząc Sokrates odwrócił się i obserwował mnie uważnie.

Tego wieczoru, po beztroskim dniu spacerów, pływania i wygrzewania się na słońcu, Sokrates powiedział, że chciałby usłyszeć wszystko co pamiętam ze swoich uczuć, od czasu gdy się ostatnio widzieliśmy. Mówiłem przez trzy dni i trzy noce – wyrzuciłem z siebie cały bagaż wspomnień. Przez cały ten czas Sokrates rzadko się odzywał, jedynie czasami zadawał krótkie pytanie.

Tuż po zachodzie słońca wskazał mi gestem, abym usiadł obok niego przy ognisku. Siedzieliśmy nieruchomo ze skrzyżowanymi nogami, stary wojownik i ja, wysoko w górach Sierra Nevada.

– Sokratesie, wszystkie moje złudzenia rozwiały się, ale zdaje się, że nie pozostało nic, co mogłoby je zastąpić. Pokazałeś mi daremność poszukiwań. Ale co z drogą miłującego pokój wojownika? Czyż nie jest to jakaś ścieżka poszukiwań?

Sokrates roześmiał się uradowany i poklepał mnie po ramieniu.

– Po tak długim czasie, w końcu wymyśliłeś jakieś sensowne pytanie! Ale odpowiedź masz tuż przed nosem. Przez cały czas pokazywałem ci drogę miłującego pokój wojownika, a nie drogę do zostania miłującym pokój wojownikiem. Dopóki kroczysz tą drogą, dopóty jesteś wojownikiem. W ciągu ostatnich ośmiu lat porzuciłeś “kurs wojownika” i musiałeś odnajdywać go od nowa. Ale droga jest tu i teraz – zawsze była.

– Co więc mam teraz robić? Dokąd mam pójść?

– A kogo to obchodzi? – wrzasnął radośnie. – Głupiec jest “szczęśliwy”, kiedy jego pragnienia zostaną zaspokojone. Wojownik jest szczęśliwy bez żadnego powodu. To właściwie czyni szczęście najwyższą dyscypliną – przewyższającą wszystko inne, czego cię uczyłem.

Gdy wieczorem raz jeszcze wchodziliśmy w nasze śpiwory, twarz Sokratesa promieniała czerwonym blaskiem ogniska.

– Dan – powiedział cicho – to jest ostatnie zadanie, jakie ci daję, zadanie na zawsze: Zachowuj się jak człowiek szczęśliwy, czuj się szczęśliwy, bądź szczęśliwy, bez najmniejszego powodu. Wtedy będziesz mógł kochać i robić to, na co masz ochotę.

Robiłem się senny. Zamykając oczy powiedziałem cicho:

– Ale Sokratesie, pewne rzeczy i pewnych ludzi bardzo trudno kochać. Wydaje się niemożliwe, aby zawsze być szczęśliwym.

– Niemniej jednak, Dan, to właśnie znaczy być wojownikiem. Widzisz, nie mówię ci jak być szczęśliwym, po prostu mówię ci, byś był szczęśliwy.

Z tymi słowami zasnąłem.

Fragment z „Droga miłującego pokój wojownika” D. Millman


ja z kolei skopiowałem to z bloga Rozwój i Świadomość